|
czwartek, 12 stycznia 2012
Cholerny rok. Przestępny. Przekroczony próg, który o mało co nie skazał mnie na kalectwo. Niby nic się nie dzieje, wszystko płynie znanym nurtem, ociera się o schemat, z małymi wybojami a wszędzie po cichu ulega degradacji. Niszczeje, psuje się podstępnie od środka, widać tylko pyłek jak po kołatkach, który wycieram opuszkami palców wmawiając sobie że wszystko będzie dobrze. Kręgosłup teoretycznie bez zmian, wykluczam po kolei organiczne przyczyny bólu, który nie pozwala mi normalnie funkcjonować, chodzę od drzwi do drzwi, od jednego specjalisty do drugiego, kiedy powinnam leżeć i sufitować. Jeśli nadal wyniki będą tabelkowe, zostaje neurolog, a tego się obawiam, strasznie. Przeraża mnie świadomość, że mogę tracić kontrolę. Robić coś wbrew sobie. Nie zrezygnuję z tańca. W pracy gorzej niż przed Świętami, ludzie jeszcze bardziej dosadni, pachnący dulszczyzną z daleka. Nie potrafiący czytać, idący w zaparte nawet jeśli nie mają racji. A. zabiera mi telefon bo tracę cierpliwość a kiedyś magiczny przycisk może nie zadziałać. I. opuszcza miasto. Oby zawiasy, na których trzyma się nasza przyjaźń nigdy nie pokryły się rdzą . I pamiętaj że istnieje coś takiego jak telefon, albo magia listowego papieru :) Śpiewam od kilku dni
sobota, 31 grudnia 2011
a sorta fairytele Maybe i'm just the horizon you run to when she has left you nieprzysiadalność It's not always rainbows and butterflies jak przypodobasz się you set my heart on fire.. You can get addicted to a certain kind of sadness Do you love me? Like I love you? za rasp. cholernie smutno się kończy...
sobota, 24 grudnia 2011
Odkryć na nowo magię tych Świąt, otulić się miłością jak puchową kołderką i zdrowieć, zdrowieć, zdrowieć....
wtorek, 13 grudnia 2011
Czołgam się po podłodze ze zmęczenia. Zmasakrowałam się doszczętnie, bezapelacyjnie i do samego końca. Mam wrażenie chodzenia po rozżarzonych węglach. Nie jest to miłe. Fandango gorsze od siłowni. Albo ja taka słaba. Plecy bez zmian, bolą jak diabli. Chodniki dopełniły reszty. Maya i jej czarny, wisielczy humor na zajęciach, pewne elementy do końca będą kojarzyły się makabrycznie. Co notabene wskazane. Dzisiejszy dzień, ta rocznica, takie naciski, wspomnienia, marsze, ten cierpiętniczy pseudopatriotyzm ludzi wcześniej podkulających ogon już od wczoraj, bombardowanie z każdej strony, że naprawdę spodziewałam się czołgów na ulicach z rana jak szłam do pracy. Czytam coraz szybciej, kryminałów nie dzierżę bo mało który mnie zaskakuje. "Malina" Ingeborg Bachmann - ciężko ale to moja książka roku. Praca, nadgodziny za free, barykady z książek i wqrw maksymalny. Klient jest absolutnie niereformowalny. O młodzieży tzw. nie wspominając, i młodych pieskach z kancelarii. Żal, naprawdę żal i cholerna tęsknota za podchodami czy palantem. Szkoda słów. Muzycznie - coś co kocham dozgonnie.
środa, 23 listopada 2011
Szał włóczkowy. Z. ma teraz bardzo dużo czasu i szaleństwo nas ogarnęło. Siedzimy jak dwie babunie, w kocykach, ogromne kubki herbaty obok, z kolorową włóczką - Himalaya Padisah - boska, z kotami na kolanach - akurat dwa -idealnie, i dziergamy, dziergamy Nadal znoszę kilogramy książek do domu, w piątek przytargam niechciane na kolejną odsłonę Czytelniska, a wbrew pozorom nawet te nietrafione, nudne książki trzeba mi wydzierać z pazurów siłą. Jutro dzień sądu, Z. nie może się skupić, ja wierzę w dobre anioły - dla niej. Bardzo niemiła i nieposkładana do końca farmaceutka - "taki krem do dla kogoś, kto ma zmarszczki a u Pani ich nie widzę, nie kierować się wiekiem. I plus 10 do dobrego samopoczucia. Światło dnia widzę tylko przez szybę, idę do pracy w ciemności i w niej wracam. Zaczynam spać w dzień, a w nocy nie mogę. Kawę ograniczam, zastępując ją czekoladą z chilli. I spacery, bez względu na pogodę. Zawsze znajdzie sie pretekst, by wyjść. Lodowisko w środę, mam nadzieję. Z. traktuje ciało jak seksualny poligon a ja nigdy nie zdradzam. Psychicznie.
czwartek, 17 listopada 2011
Kilka godzin temu ryczałam w ramionach czarnoskórego stażysty w Wylęgarni. Jedna z rodzinnych opowieści przy kawie. Zima, ostry mróz, czwartek, jak dziś, Dies Jovis, dzień Thora, rok i znak - oba jadowite. Cieszę się jak diabli, że nie wyglądam na swój wiek. I tak sobie siedzę, z czerwonym winem i wspominam koncerty - wehikuł czasu to byłby cud. Doktor Frankenstein w pracy, wystarczy zobaczyć, co robię mojej drukarce
środa, 02 listopada 2011
wtorek, 25 października 2011
Nic dodać, nic ująć. Nabieram wody, sekret kłuje, zniechęcenie dopada szybciej niż sądziłam. Wszystko, co ruszę nudzi, ludzie nudzą, muzyka smęci a swiat w książkach wydaje się taki , hmm ... nudny? Drukarka w pracy poczuła zbliżające się święto i drukuje czarne szlaki na fakturach. Ciężko znoszę ten czas.
poniedziałek, 17 października 2011
Skuszona latte z lodami, porwana spod kamienicy, ogladałam niesamowity popis dwójki aktorów, P. i Z. Obawiam się lodowiska, naprawdę. Tego, co tam zajść może. Albo poprostu martwię się na zapas. Cudowna knajpka odkryta niedaleko dawnego mieszkania żony, intryguje, uspokaja i można sobie wydziergać czapeczkę. K., która pasją i ogniem zaraża wszystkich naokoło, zadbała nie tylko o ból mięśni ale ucztę duchową, dorzucając kilka utworów do mojej wewnętrznej szafy grającej - uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. D. zaliczył maraton, Z. dumna jak cholera, S. wqrwiony bo ma zakaz biegania, szef miał niezły czas. Szacunek. Pragnę odpoczynku, odespania tych wszystkich miejsc, które męczą mnie cały czas, a to dopiero poniedziałek.
sobota, 15 października 2011
Prześladuje mnie ta piosenka. Dosłownie. Nawet we śnie mam wrażenie, że robi za drugie tło. Uległam pokusie jak Ewa, mam dwa jabłka. Wąż nie był za atrakcyjny, ale głosem wiódł ku zdrowemu :) K. pozwalam się miażdzyć, wręcz wyczołguję się z warsztatów, ale tak lubię. Mam poczucie, że dałam z siebie wszystko. I nieważne, że płace za to spory haracz, raz się żyje, jak mówią. Pochwalona za ruch łapek, stepy za słabo. Obroty w lewo zdecydowanie gorsze. Wino wypite wieczorem zdecydowanie poprawia koordynację. Sprawdzone. Nowa spódnica, bo albo schudłam, albo się rozciągnęła. Ale teraz tylko z Hiszpanii, u pani T. raczej nie kupię. Nie po tym, jak zobaczyłam baty. Koszmar na jawie. Cafe Szpilka, wymiana książek, wniosłam 10, wyniosłam 6, coś niesamowitego. Fajnie zobaczyć adresatki blogów, które się namiętnie czyta. Dwugodzinny spacer po tym wszystkim, wyłączona maksymalnie, reagująca tylko na zmiany świateł. W ulubionej kafejce brak miejsc, a chodzi za mną miodowa herbata z kwiatami hibiskusa. Moi chyba chodzą w dzień kanałami, bo w ogóle nie czuję grozy :) Wrażenie mówienia przez sen, gdzie śnią mi się pielgrzymki, woda i odwieczne wspinanie, o tym czego nie mogę mówić jawnie, jest ciężkim przeżyciem. Jak siedzący na klatce dusioł. |